Pilnuję swojej wagi, od kiedy miałam siedem lat. Właśnie wtedy spędzałam wraz z siostrą lato u babci w Pensylwanii i jadłyśmy tam wyłącznie gotowe, pakowane dania - babcia nie gotowała. Musiała zajmować się firmą. Chcąc wypełnić nam jakoś czas, dawała nam pieniądze, a my pędziłyśmy wtedy do sklepu ze słodyczami. Wróciłyśmy z tych wakacji okrągłe jak pulpety.
Od tamtej pory stale walczę z nadwagą. Wypróbowałam już chyba wszystkie znane
diety. Znalazłam nawet lekarza, który dawał mi zastrzyki, żeby zwiększyć wydzielanie tarczycy i w ten sposób spowodować schudnięcie. Skończyło się na chorobie Gravesa-Basedowa. Zapisałam się także do Strażników Wagi. Owszem schudłam i dostałam odznakę, ale wiecie co się dzieje ? Człowiek wpada w taką obsesję na temat jedzenia, że cały czas klasyfikuje to, co je, to znaczy: Ile chleba? Ile owoców? Ile tego czy tamtego? W końcu stwierdzasz, że bez przerwy myślisz o odchudzaniu i jedzeniu.
Moim problemem były węglowodany i słodycze. Pracowałam dawniej w szpitalu na nocną zmianę, więc nie kładłam się od łóżka przed czwartą rano. Zaczynałam jeść jeszcze w szpitalu, bo pacjenci zawsze dostawali ciasteczka i cukierki. Kiedy się zmęczysz i widzisz, że wszyscy dookoła coś przegryzają, to nawet jak nie jesteś głodna, też zaczynasz jeść. Potem wracałam do domu i miałem poczucie winy, że jadłam takie byle co, więc tłumaczyłam sobie, że teraz powinnam zjeść coś zdrowego. Więc robiłam sobie obiad, a dopiero potem szłam spać. Jadłam wszystko w zasadzie pomiędzy trzecią po południu a trzecią nad ranem. Wstawałam do pracy i tylko piłam kawę zamiast śniadania, po czym szłam do pracy na zmianę od piętnastej do dwudziestej trzeciej. Wiem, że nie powinno się jeść po dwudziestej, ale praca na tę zmianę zupełnie rozstraja Ci zegar. Jadłam chipsy, precle i inne takie rzeczy, a w duchu mówiłam sobie, że wcale dużo nie jem - to dlatego, że jadłam po trochu. Poza tym piłam mnóstwo kofeiny. Codziennie wypijałam sześciopak napojów gazowanych - dietetycznej coli lub pepsi. Zdecydowanie to ne były napoje bezkofeinowe, a później się dowiedziałam, że kofeina pobudza apetyt.
Nie przybrałam na wadze od razu - po prostu niepostrzeżenie przybywało mi kilogramów. Az pewnego dnia, kiedy mama szła za mną podczas zakupów, dogoniła mnie i powiedziała: "Wiesz co ? Zaczynasz się kołysać, może czas na dietę ?".
To przeważyło. Dwa lata temu przeszłam na dietę. Schudłam od tamtej pory 15 kilogramów i utrzymuję nową masę ciała. Najlepsze w tej diecie jest to, że tak łatwo jej się trzymać. Jest nawet elastyczna. Na przykład, oszukuję niemal od początku diety. No może nie przez dwa pierwsze dwa tygodnie trwania diety kiedy obowiązuje faza ścisła. Ale potem... choćby orzechy, można je jeść, ale trzeba odliczyć tylko trzydzieści jako porcję. No cóż, w niektóre noce nie liczyłam.
Ale poza tym, diety przestrzegałam, w przeciwieństwie do innych diet, których próbowałam. Nie zjadłam ani kromki chleba od dwóch lat, podobnie jak ani ziarnka ryżu - to kwestia samokontroli. A jednocześnie nie czuję się jakbym sobie czegoś odmawiała. Jest mnóstwo rzeczy, które można jeść w tej diecie. Mam pozytywne rezultaty, które pomagają mi wytrwać. Wiem, że jak pójdę do sklepu, nie będę szukać rozmiaru szesnaście. Teraz noszę rozmiary od dziesiątki do dwunastki i jestem z tego zadowolona.
Tak dobrze potrafiłam przestrzegać tej diety, że około rok temu wyznałam dietetyczce w Mount Sinai, że już od ponad roku nie zjadłam jabłka ani innego owocu. A ona naskoczyła na mnie: "Pani Katarzyno, powinna Pani mieć więcej rozumu.
Witaminy w naszym życiu są niezbędne !". W każdym razie, jem teraz wszystkie owoce. Mnóstwo warzyw, mnóstwo owoców, mnóstwo sałatek. Ale wiem znacznie więcej o tym co jem, niż dawniej. Na przykład, ludzie nie zdają sobie sprawy że glutaminian sodu dodawany do potraw chińskich jest robiony z buraków, które zawierają mnóstwo cukru. Albo, że marchew ma tak wysoki indeks glikemiczny. Jadłam dużo marchwi, szczególnie kiedy stosowałam
odchudzanie. Nawet jeśli kiedyś gdzieś jechałam, zabierałam marchewkę w woreczku. Dlatego to był dla mnie szok, kiedy się dowiedziałam, że marchew zawiera tyle cukru. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, że te marchewki, cebulki zostają zamienione na cukier, który gromadzi się w organizmie jako tłuszcz.
Ostatnio znowu przybyło mi parę kilogramów - będę z wami uczciwa - bo oszukiwałam z tymi orzechami. Teraz jem orzechy nerkowca, ale wypróbowałam wszystkie. Jadłam migdały i orzeszki archaidowe. Z orzeszkami też nie uświadamiasz sobie, że zawierają cukier. Orzeszki pistacjowe są świetne bo migdałów możesz zjeść tylko 15, a pistacji 30, gdyż są takie małe. Chyba przesadziłam z tymi pistacjami i dlatego przybyło mi z powrotem parę kilogramów. Ale teraz nawet już nie wchodzę na wagę. Kieruję się tym, jak się czuję w swoich rzeczach. Nie chce zawracać sobie głowy z codziennym ważeniem. Jeśli czuję, że za bardzo sobie pozwalam z orzechami, to przystopowuję i zrzucam kilka kilogramów. Niedawno znalazłam piekarnię, gdzie robią sernik bez cukru, kupuję go i kroję na małe porcje. Potem kiedy najdzie mnie na niego ochota - to nie jest co wieczór, tylko może dwa, trzy razy na tydzień - po prostu biorę kawałem i odmrażam. To wolno mi jeść i zupełnie wystarcza. Dlatego nigdy nie mam wrażenia, że czegoś mi brakuje.